Sięganie po ashwagandhę, melisę czy melatoninę, gdy dopada nas stres albo gorszy nastrój, stało się w Polsce niemal odruchem. Nic dziwnego — półki drogerii i apteki uginają się pod ciężarem kapsułek obiecujących spokój, a influencerzy chętnie polecają swoje “sprawdzone” preparaty. Ale czy to, co robimy dla swojego dobrostanu, rzeczywiście mu służy? Świeże badanie naukowców z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego rzuca na ten temat ciekawe, czasem zaskakujące światło — i warto je poznać, zanim sięgniemy po kolejną buteleczkę.
Skala zjawiska: to dotyczy nas wszystkich
Badacze przepytali niemal 800 dorosłych Polaków i okazało się, że 6 na 10 osób przynajmniej raz w życiu sięgnęło po suplement lub lek dostępny bez recepty, żeby poprawić sobie nastrój lub złagodzić stres. Co czwarta osoba robi to obecnie, regularnie. To pokazuje, jak bardzo temat dobrostanu psychicznego wpisał się w naszą codzienność — i jak chętnie szukamy na własną rękę sposobów, by sobie z nim radzić.
Najczęściej wybierane składniki to:
- ashwagandha (Withania somnifera) — indyjski “adaptogen”, który ma pomagać organizmowi lepiej znosić stres,
- melisa (Melissa officinalis) — ziele znane od pokoleń na uspokojenie,
- melatonina — hormon regulujący nasz rytm dobowy, kojarzony głównie ze snem.
I dobra wiadomość jest taka, że akurat te trzy składniki mają jedne z lepiej udokumentowanych naukowo działań spośród wszystkiego, co znajdziemy na rynku. Badania kliniczne rzeczywiście pokazują, że ashwagandha może obniżać poziom kortyzolu (hormonu stresu) i łagodzić objawy lękowe, melisa ma potwierdzone działanie wyciszające, a melatonina realnie pomaga w problemach ze snem — szczególnie przy jet lagu czy pracy zmianowej.
Pułapka, w którą łatwo wpaść: “naturalne” nie znaczy “obojętne”
To jednak nie oznacza, że można je brać bezrefleksyjnie. I tu dochodzimy do sedna tego, co wynika z badania — a co ma naprawdę duże znaczenie dla naszego rozwoju osobistego i dbania o siebie.
Prawie połowa osób, które sięgają po te preparaty, robi to równolegle z przyjmowaniem innych leków — na nadciśnienie, na depresję, antykoncepcyjnych czy jakichkolwiek innych. Problem w tym, że tylko jedna na cztery-pięć osób informuje o tym swojego lekarza. Najczęstszy powód? Przekonanie, że “to przecież tylko suplement, lekarzowi to niepotrzebne” albo obawa przed oceną.
A to może mieć realne konsekwencje. Ashwagandha bywa opisywana jako przyczyna niebezpiecznych interakcji z lekami przeciwdepresyjnymi (tzw. zespół serotoninowy), melisa może wchodzić w interakcje z lekami uspokajającymi, a melatonina — choć uchodzi za “łagodną” — inaczej działa u osób przyjmujących niektóre leki na depresję. Dziurawiec, mimo że rzadziej wybierany, to prawdziwy rekordzista w interakcjach — potrafi osłabić działanie wielu leków, od antykoncepcyjnych po immunosupresyjne.
Wniosek nie jest taki, że trzeba się bać suplementów. Chodzi raczej o coś, co w rozwoju osobistym jest fundamentem: świadomość i uczciwość wobec samego siebie oraz osób, które nas wspierają — w tym przypadku lekarza czy farmaceuty.
Co ciekawe: nie influencerzy nas przekonują
Wbrew powszechnemu przekonaniu, że to media społecznościowe napędzają modę na suplementy, badanie pokazało coś innego. Najważniejszym czynnikiem przy wyborze preparatu okazała się rekomendacja lekarza lub farmaceuty, a zaraz potem — opinia znajomego. Reklama miała największe znaczenie głównie dla osób, które szybko z suplementu rezygnowały, bo się rozczarowały jego działaniem.
To dość pokrzepiające. Sugeruje, że mimo zalewu treści w social mediach, wciąż ufamy bardziej relacjom z ludźmi niż algorytmom — i że warto tę relację z lekarzem czy farmaceutą świadomie budować, zamiast traktować wizytę lekarską jako coś oddzielnego od dbania o swój dobrostan.
Dlaczego rezygnujemy?
Osoby, które przestały brać suplementy, najczęściej robiły to dlatego, że preparat po prostu nie działał (44%) albo dlatego, że minął stresujący okres w ich życiu (34%). To ważna obserwacja — pokazuje, że wiele osób traktuje suplement jako doraźne “koło ratunkowe”, a nie realną pracę nad źródłem stresu. Tymczasem długotrwali użytkownicy (ci, którzy brali preparaty dłużej niż rok) oceniali ich skuteczność znacznie wyżej — co może sugerować, że efekty adaptogenów i podobnych substancji ujawniają się dopiero przy systematycznym, długofalowym stosowaniu, a nie jednorazowym “ratowaniu się” w kryzysie.
Co z tego wynika dla nas?
Kilka praktycznych wniosków, które warto wziąć ze sobą:
- Suplement to nie zamiennik pracy nad sobą. Może wspierać regulację nastroju, ale nie zastąpi zmiany nawyków, terapii czy zaopiekowania się źródłem stresu.
- “Naturalne” nie znaczy “bez ryzyka”. Rośliny mają realną aktywność biologiczną — dlatego mogą wchodzić w interakcje z lekami, tak jak każda inna substancja czynna.
- Rozmowa z lekarzem lub farmaceutą to nie wstyd, tylko odpowiedzialność. Nawet jeśli bierzesz “tylko suplement”, warto o tym wspomnieć przy okazji każdej wizyty — szczególnie jeśli przyjmujesz też inne leki.
- Efekty potrzebują czasu. Jeśli decydujesz się na adaptogen czy ziołowy preparat, daj mu realną szansę zamiast oceniać go po tygodniu.
- Świadomy wybór to najlepsza inwestycja w siebie. Zanim sięgniesz po kolejny “modny” składnik, sprawdź, czy stoją za nim rzetelne badania — a nie tylko chwytliwa kampania marketingowa.
Artykuł powstał na podstawie badania: Brzozowska A., Grabowski J., “Prevalence and patterns of use of dietary supplements and OTC medications for mood improvement and stress relief among adults in Poland”, Scientific Reports (2026).
