ARTYKUŁ GOŚCINNY

Kiedy zmieniasz wygląd, tak naprawdę zmieniasz coś znacznie głębiej

Wróć do artykułów gości

Są takie momenty w życiu kobiety, kiedy patrzy w lustro i czuje, że widzi siebie… ale jakby trochę nie swoją.

Niby wszystko się zgadza. Ta sama twarz, te same oczy, ciało, które znamy od lat. A jednak gdzieś w środku pojawia się ciche: „To już nie jestem ja”.

I wtedy zaczynamy coś zmieniać.

Czasem sposób ubierania. Czasem fryzurę. Kupujemy sukienkę, na którą wcześniej nie miałyśmy odwagi. Zmieniamy kolor, zaczynamy inaczej się malować, bardziej o siebie dbamy. Nagle chcemy wyglądać inaczej.

I bardzo często słyszymy wtedy: „Ale się zmieniłaś!”.

Tylko że prawda jest taka, że najczęściej nie zaczynamy zmiany od wyglądu. Wygląd jest po prostu pierwszą rzeczą, którą widać.

Bo zanim cokolwiek zmieni się na zewnątrz, przez wiele miesięcy, a czasem lat, coś dzieje się w nas.

Dojrzewa myśl, że chcemy żyć inaczej. Że nie chcemy już spełniać wszystkich oczekiwań. Że jesteśmy zmęczone byciem „grzeczną dziewczynką”, która zawsze daje radę, zawsze jest dla innych i gdzieś po drodze zapomina zapytać siebie: „A czego ja właściwie chcę?”

I przychodzi taki moment, kiedy zaczynamy odzyskiwać siebie.

Nie tę siebie sprzed dwudziestu lat.

Nie tę, którą byłyśmy, zanim pojawiły się dzieci, praca, związki, obowiązki, sukcesy, porażki i tysiące spraw, które przez lata były ważniejsze od nas.

Odzyskujemy nową siebie.

Mądrzejszą. Bardziej świadomą. Czasem zmęczoną, ale prawdziwszą.

I chyba właśnie dlatego zmiana wyglądu może mieć w sobie coś niezwykłego.

Bo to już nie jest tylko chęć podobania się innym.

Coraz częściej chcemy podobać się… sobie.

Chcemy spojrzeć w lustro i pomyśleć: „Tak. To jestem ja”.

Nie młodsza. Nie idealna. Nie wygładzona do granic możliwości. Tylko prawdziwa.

Pracując z kobietami, bardzo często widzę, że pod pytaniem o wizerunek kryje się coś znacznie głębszego.

„Co powinnam nosić?”

„Jaka fryzura będzie dla mnie najlepsza?”

„Jak mam wyglądać, żeby poczuć się pewniej?”

I nagle okazuje się, że tak naprawdę wcale nie chodzi tylko o ubranie.

Chodzi o to, jak chcę się czuć. Kim jestem dzisiaj. Jak chcę być widziana. Czy sama siebie lubię. Czy potrafię stanąć po swojej stronie.

Dlatego moja praca z kobietami to nie tylko wizerunek. To również praca nad tym, co mamy w głowie i w sercu — nad odzyskiwaniem siebie, budowaniem pewności siebie i uczeniem się na nowo, jak siebie pokochać.

Bo wizerunek i nasze wnętrze są ze sobą niezwykle mocno połączone.

Czasami najpierw zmienia się coś w nas, a dopiero później zaczyna za tym podążać wygląd.

Ale czasami jest dokładnie odwrotnie.

Zakładamy coś, w czym czujemy się piękne. Zmieniamy fryzurę. Robimy makijaż, na który wcześniej nie miałyśmy odwagi. Prostujemy plecy. Patrzymy na siebie inaczej.

I nagle zaczynamy zachowywać się jak kobieta, którą zobaczyłyśmy w lustrze.

To niesamowite, jak mała zewnętrzna zmiana potrafi uruchomić coś bardzo dużego w środku.

Dlatego nie wierzę, że wizerunek jest tylko powierzchownością.

Dobrze dobrane ubranie nie rozwiąże wszystkich naszych problemów. Nowa fryzura nie sprawi magicznie, że pokochamy siebie.

Ale czasami może być początkiem.

Małym gestem, którym mówimy sobie: „Widzę Cię. Jesteś ważna. Możesz się pokazać.”

Myślę, że wiele kobiet zna moment, kiedy przez lata patrzyły na siebie głównie przez pryzmat tego, jak widzą je inni.

Czy jestem wystarczająco szczupła?

Czy dobrze wyglądam?

Czy nie jestem za stara na tę sukienkę?

Czy wypada mi tak wyglądać?

Czy ktoś nie pomyśli, że próbuję być młodsza?

A potem nagle coś w nas pęka.

I zaczynamy mówić:

„A właściwie… dlaczego nie?”

Dlaczego nie założę tej sukienki?

Dlaczego nie zmienię fryzury?

Dlaczego nie zrobię czegoś tylko dlatego, że mam na to ochotę?

To „dlaczego nie?” jest dla mnie jednym z najpiękniejszych zdań kobiecej dojrzałości.

Bo ono oznacza, że przestajemy prosić świat o pozwolenie na bycie sobą.

I nie musi to wydarzyć się po czterdziestce.

Choć rzeczywiście wiele kobiet właśnie wtedy zaczyna patrzeć na siebie inaczej, to każda z nas ma swój własny moment przemiany.

Może przyjść po rozstaniu. Po urodzeniu dziecka. Po zmianie pracy. Po trudnym doświadczeniu. Po wielkim sukcesie. A czasem bez żadnego konkretnego powodu.

Po prostu pewnego dnia czujemy, że nie chcemy już być tą samą wersją siebie.

I wtedy zaczynamy odzyskiwać siebie.

Nie chodzi o powrót do kobiety, którą byłyśmy kiedyś.

Chodzi o spotkanie z tą, którą jesteśmy dzisiaj.

Z całym doświadczeniem, które mamy w oczach. Z historią zapisaną w twarzy. Z bliznami, zmarszczkami, radością, którą zdobyłyśmy po drodze, i lekcjami, których nikt za nas nie mógł odrobić.

Możemy wreszcie przestać się kurczyć.

Zajmować miejsce.

Mówić głośniej.

Kochać mocniej.

Wybierać siebie bez poczucia winy.

Bo po czterdziestce nie musimy wracać do siebie sprzed lat. Nie musimy wyglądać jak kiedyś. Nie musimy nikomu udowadniać, że nadal możemy być „młode”.

Możemy być czymś znacznie ciekawszym.

Możemy być sobą.

I może właśnie o to chodzi w zmianie wyglądu.

Nie o to, żeby zatrzymać czas.

Tylko żeby zobaczyć kobietę, którą stałyśmy się po drodze.

Bo prawdziwa przemiana nie zawsze jest widoczna od razu.

Czasami najpierw zmienia się sposób, w jaki o sobie myślimy. Potem sposób, w jaki żyjemy. A dopiero na końcu zmienia się to, co widzą inni.

A czasami jest odwrotnie — nowa sukienka, nowy kolor, nowy sposób pokazania siebie światu staje się pierwszym krokiem do tego, żebyśmy same zaczęły widzieć w sobie coś więcej.

I właśnie to spotkanie świata wewnętrznego z zewnętrznym fascynuje mnie najbardziej.

Bo kiedy kobieta zaczyna siebie naprawdę widzieć, coś się zmienia.

Nie tylko jej wizerunek.

Zmienia się sposób, w jaki idzie przez życie.

Ten temat jest mi szczególnie bliski, bo spotykam go na co dzień w pracy z kobietami. Towarzyszę im nie tylko w budowaniu wizerunku, ale też w tej znacznie głębszej drodze — w odzyskiwaniu siebie, budowaniu pewności siebie i uczeniu się, jak na nowo siebie pokochać.

I właśnie dlatego ten temat stał się dla mnie czymś więcej niż zawodową obserwacją.

Znalazł swoje miejsce w mojej własnej historii.

I dziś, na łamach „Rozwojowego Białegostoku”, po raz pierwszy dzielę się ze światem czymś, co do tej pory chciałam zachować w tajemnicy.

Piszę książkę. ❤️

Miałam jeszcze przez chwilę nikomu o tym nie mówić. Trochę z ekscytacji, trochę z niepewności, a trochę dlatego, że są takie marzenia, które najpierw chce się po cichu pielęgnować, zanim wypowie się je głośno.

Ale pomyślałam, że to chyba dobry moment, żeby podzielić się tym właśnie z Wami — Czytelniczkami „Rozwojowego Białegostoku”.

Ta książka dopiero powstaje. Piszę w niej o kobietach, o zmianach, o odzyskiwaniu siebie, kobiecości, pewności siebie i o tym niezwykłym spotkaniu tego, co mamy w środku, z tym, co pokazujemy światu.

O tym, że czasami musimy zmienić coś na zewnątrz, żeby odważyć się zajrzeć głębiej.

A czasami najpierw zmieniamy się w środku, a dopiero później świat zaczyna to zauważać.

To jeszcze nie jest zamknięta historia.

Ona dopiero się pisze.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo chciałam powiedzieć o niej pierwszy raz tutaj.

Bo jeśli jest coś, w co naprawdę wierzę, to w to, że nigdy nie jest za późno, żeby wrócić do siebie.

Czasami zaczyna się od małej zmiany.

Od spojrzenia w lustro.

Od jednej decyzji.

Od jednego zdania:

„Tym razem wybieram siebie.” ❤️

Zdradzę tylko mały wstęp i zostawię Was z tym...

Ta książka jest dla każdej kobiety, która choć raz uwierzyła bardziej w cudzy głos niż w swój własny.

Nie wiem, kim jesteś.
Nie wiem, ile razy zaczynałaś od nowa.
Nie wiem, ile cudzych słów nosisz jeszcze w sobie.

Wiem tylko jedno.

Jeśli trzymasz tę książkę w dłoniach, być może od bardzo dawna próbujesz wrócić do miejsca, z którego nigdy nie powinnaś była odchodzić.

Do siebie.

Dorota Lange