Gdyby ktoś kilkanaście lat temu powiedział mi, jak będzie wyglądać moja codzienność, pewnie wybuchłabym śmiechem. Zgodnie z nastoletnimi planami moje życie miało biec bezpiecznym torem. Tyle że człowiek planuje, a los ma własne poczucie humoru. Moja dorosłość od razu wrzuciła najwyższy bieg: wczesny ślub w wieku 19 lat, łączenie studiów z pieluchami i praca na pełnych obrotach jako manager sprzedaży. Pięcie się po szczeblach korporacyjnej drogi, świat tabelek,targetów, procedur i żelaznej dyscypliny.
Perfekcjonizm wylewał się u mnie wszędzie: w domu przy mężu i trzech córkach, w pracy, a nawet o 6:00 rano na siłowni, żeby wyrobić się przed pobudką reszty domowników. W tym napiętym grafiku czułam jednak, że potrzebuję przestrzeni tylko dla siebie, wentyla, który pozwoli mi złapać oddech. I wtedy w moim życiu pojawiły się Włochy, czyli świat, który z korporacyjnym porządkiem nie ma absolutnie nic wspólnego.
Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu od służbowego wyjazdu do Rzymu. Przepadłam. Czasem bywa tak, że choć człowiek tego nie planuje, po prostu zakocha się bez pamięci. Do nieprzytomności rozkochało mnie w sobie miasto łączące antyczną potęgę z obłędnym jedzeniem i atmosferą szacunku do niedoskonałości, bo we Włoszech to, co nieidealne, staje się najpiękniejsze. Z Rzymu ruszyłam dalej na południe, prosto na Sycylię, i to dopiero tam przeżyłam prawdziwy szok poznawczy.
Dla kogoś ukształtowanego przez procedury sprzedaży pierwsze zderzenie z południem Włoch to był zimny prysznic. Próbowałam kontrolować wszystko: rozkłady jazdy, godziny otwarcia, czas dostaw. Włochy szybko wybiły mi to z głowy. Tam poznałam zjawisko sistemazione, czyli podejście do życia i biznesu, w którym uśmiech, bezpośrednia relacja i wspólna kawa znaczą nieskończenie więcej niż paragraf w regulaminie czy mail. Zrozumiałam, że gdy w urzędzie słyszysz „nie da się”, zazwyczaj oznacza to tylko tyle, że pukasz do złych drzwi albo nie poświęciłaś minuty na zwykłą rozmowę.
Zrozumiałam też sycylijski mental: podczas gdy my spalamy się w nadgodzinach, Sycylijczyk potrafi zamknąć sklep w środku dnia, usiąść w cieniu z kawą i cieszyć się słońcem. Czas i święty spokój są tam cenniejsze niż jakakolwiek premia. Nauczyłam się odpuszczać. Bo pomyłka w rezerwacji hotelu o cały miesiąc albo inne lotnisko to nie tragedia, tylko początek genialnej anegdoty.
Właśnie podczas jednego z takich wyjazdów na Sycylię wydarzyło się coś, co wywróciło moje życie do góry nogami. Do dziś doskonale pamiętam siebie na lotnisku: stoję nad plecakiem, z którego bezlitośnie wystaje potężna, ręcznie malowana ceramiczna Głowa Maura i filiżanka do kawy, a obok leży sterta ubrań i buty. Waga bezlitośnie pokazała nadbagaż. Wybór był prosty: garderoba została na Sycylii, a ceramiczny skarb poleciał ze mną do Polski.
Wtedy nie miałam pojęcia, że ten impuls zapoczątkuje lawinę: od pytań znajomych „skąd to masz?”, przez mojego męża tropiącego małe manufaktury w toskańskich i sycylijskich zaułkach, aż po sprowadzanie całych palet rzemiosła i sklep verostyleonline.com. Mój mąż odkrył w sobie zmysł detektywistyczny: potrafi wejść w najwęższą uliczkę toskańskiego Pitigliano i odnaleźć mały zakład, gdzie mistrz od trzech pokoleń tworzy małe dzieła sztuki.
Moje serce niezmiennie kradną sycylijskie Głowy Maurów (Teste di Moro). Stoi za nimi bezkompromisowa legenda z XI wieku o dziewczynie z Palermo i zakochanym w niej Maurze. Kiedy okazało się, że kochanek zataił przed nią żonę i dzieci na Wschodzie, Sycylijka z miłości i zranionej dumy ścięła mu nocą głowę, zrobiła z niej wazon i posadziła bazylię. Roślina rosła tak bujnie, że sąsiedzi zaczęli zamawiać u garncarzy naczynia w kształcie głowy. Dla mnie to esencja południa: nic nie jest tam letnie ani ugładzone. Jest ogień, pasja i bezgraniczne oddanie temu, co kochasz.
Ściągając te rzeczy do Polski, chciałam podarować ludziom przedmiot niosący duszę i historię. Żeby poranne espresso w ręcznie malowanej filiżance nie było mechanicznym strzałem kofeiny przed pracą, ale małym, osobistym rytuałem Dolce Vita. Te kolorowe naczynia sprawiają, że nawet w listopadowe pluchy czuję się jak na pełnym słońca południu.
Często słyszę pytanie: „Jak ty to rodzisz i godzisz? Trójka dzieci, pies, kot, etat, siłownia, podróże i jeszcze własna firma?”. Odpowiedź jest prosta: przestałam czekać na mityczny „idealny moment”. Kobiety za często wpadają w pułapkę odkładania siebie na później: „zrobię coś dla siebie, jak dzieci podrosną, skończę projekt, będę mieć więcej czasu”. Czas sam się nie znajdzie, a dzieci najpiękniej uczą się odwagi, widząc spełnioną mamę, która nie boi się marzyć i działać.
Włochy dały mi lekcję cenniejszą niż podręczniki zarządzania: życie zaczyna się dokładnie w tym punkcie, w którym puszczasz kurczową kontrolę. Prawdziwy sukces to nie brak potknięć, ale szczera radość z tego, co robisz każdego dnia. A odwaga? Rzadko wymaga wielkich, pompatycznych gestów. Najczęściej pachnie po prostu porannym espresso, wypitym bez pośpiechu i byciem sobą pomimo wielu tak zwanych „cennych rad” z zewnątrz.
